Rodzina w Trzeciej Rzeszy

Szczególnie zmieniły się kontakty między matką i synem. Trudno się dziwić, że chłopcy, których w wie­ku dziesięciu lat odznaczano orderami, masowo nabie­rali przesadnego wyobrażenia o własnej wartości; mło­dociani „panowie domu”, którym nienaturalna wyda­wała się sama myśl o podporządkowaniu się komuś, kto jest tylko kobietą — wystawiali cierpliwość swych matek na ciężką próbę.

Inna grupa kobiet znalazła się w sytuacji określonej żartobliwie jako „polityczne wdowieństwo”; choć ich mężowie żyli, zaangażowanie w prace partyjne spra­wiało, że dom stał się dla nich jedynie sypialnią i sto­łówką.  Konflikt  między  obowiązkami  politycznymi i rodzinnymi przybierał niekiedy takie rozmiary, że zrodziło to całkiem nowy typ rozwodów. Jedna z ga­zet  berlińskich pisała w roku  1937:  „Uczestnictwo w pracach Narodowych Socjalistów jest obowiązkiem mężczyzny, a żona, która czyni mężowi z tego powodu wymówki, daje tym samym tytuł do rozwodu. Nie może ona sprzeciwiać się temu, że mąż poświęca dwa wieczory tygodniowo na działalność polityczną,  ani domagać się, by poranki niedzielne należały wyłącznie do rodziny.”

Brzmiało to jeszcze całkiem rozsądnie — ale prze­kształcało się w absurd w takim oto wyroku sądu: „Fakt, że powód niemal wszystkie wieczory spędza po­za domem pracując dla Partii, co nie pozwala pozwa­nej prowadzić takiego życia rodzinnego, jakiego spo­dziewała się w tym małżeństwie — nie usprawiedliwia bynajmniej jej odmowy uczestnictwa w życiu politycz­nym męża. W czasach wielkich napięć politycznych niemieckie kobiety muszą być gotowe do takich sa­mych poświęceń, jak żony żołnierzy uczestniczących w wojnie.”

Zdarzały się też przypadki „politycznych wdowców” (choć, oczywiście, było ich nieporównanie mniej niż takich „wdów”). Sąd w Halberstadt udzielił rozwodu kobiecie, której mąż określił był jej działalność w Narodowosocjalistycznej Lidze Kobiet jako babską paplaninę w kawiarni.

Lecz jawne ingerencje polityki w życie rodzinne (ujęte, na przykład, w popularnym żarcie o ojcu SS-manie, matce w NS-Frauenschaft, synu w Hitler­jugend i córce w BdM, którzy spotykali się tylko raz w roku, na norymberskim zlocie partyjnym) — były tylko jednym z wielu aspektów rozległego procesu ero­zji. Reżim stworzył cały arsenał nacisków kruszących spoistość rodziny: długotrwałe oddalenie dzieci od do­mu (wojsko lub służba pracy, obozy Hitlerjugend, „rok służby” dla dziewcząt), masowe zatrudnianie kobiet w przemyśle, coraz więcej godzin nadliczbowych i praca na nocnej zmianie, tworzenie zakładów w miej­scach, z których pracownicy mogli przyjechać do domu tylko na niedzielę (albo jeszcze rzadziej) itd.

Wkrótce te przemiany życia rodzinnego przyniosły widoczny efekt w dziedzinie przestępczości nieletnich: przy ogólnym spadku przestępczości (liczba wyroków skazujących spadła z około pół miliona w roku 1933 do niespełna 300 tysięcy w roku 1939), w zakresie prze­stępczości nieletnich odnotowano wzrost z 16 tysięcy przypadków w roku 1933 do ponad 21 tysięcy w roku 1940.

Wojna, oczywiście, pogłębiła te trendy i jeszcze bar­dziej nadwątliła więzi rodzinne. Wielka liczba ofiar skłoniła reżim do tym aktywniejszego stosowania po­lityki pronatalistycznej — kosztem tradycyjnej oby­czajowości. Laureat nazistowskich nagród poetyckich Hanns Jobst, notując swoje wrażenia z obozu przej­ściowego „etnicznych Niemców”, wspomina — z pełną aprobatą — pewne „trzyosobowe małżeństwo”, złożone z rolnika, jego bezpłodnej żony i ciężarnej służącej. Podobny układ opisano w „Das Schwarze Korps” pod nagłówkiem: „Sprawa osobista: rzemieślnik bezdzietny w małżeństwie ma dziecko z siostrą żony.” Typowym przykładem naruszenia społecznego tabu dla racji eugenicznych był proces wszczęty przez 42-letnią żonę nauczyciela, mający na celu wykazanie, że nie jest ona córką Żyda, męża jej matki. Szczęśliwie dla powódki znalazło się dwóch wiekowych świadków, którzy stwier­dzili, że jej matka istotnie miała „żywe usposobienie” i spędzała dużo czasu w towarzystwie oficerów armii.

W porównaniu z tą osobliwą rehabilitacją pośmiert­na już tylko niewinnymi igraszkami wydają się inne przykłady oficjalne aprobowanego złego smaku, jak choćby kalambur popełniony przez dramaturga Hansa Ericha Forela (w programie do jego sztuki Frauen-diplomatie wystawionej przez Dessauer Theater): „Ja­ko ostatni męski potomek mego rodu gorąco pragnął­bym mieć syna i dziedzica, ale wszystkie moje wysiłki w tej sprawie były dotąd bezowocne. Próbowałem z dwiema żonami, ale w rezultacie mam tylko cztery córki. Jeśli moje marzenie o synu i tym razem się nie spełni — chyba będę musiał zrezygnować z rodu.”

Degradacja życia rodzinnego w Trzeciej Rzeszy wy­rażała się jednak nie tylko w wątpliwym humorze — którego wykwitem było tworzenie takich neologiz­mów, jak: Rekruten machen — robienie rekrutów — na  określenie  stosunku  seksualnego;   Gebärmaschi­nen — maszyny do rodzenia — na płodne kobiety; bevölkerungspolitische Blindgänger — niewypały ba­talii populacyjnej — na kobiety bezdzietne — ale pro­wadziła   niekiedy  także  do   prawdziwych   tragedii. Oprócz porzuconych żon, o których mowa będzie je­szcze pod koniec tego rozdziału, niemało było przy­padków porzuconych rodziców — ojców i matek, którym władze zabierały dzieci ze względu na wyznawa­ne w domu poglądy polityczne lub religijne. Urzędowa procedura w tej dziedzinie była całkiem prosta: jeśli lokalny urząd do spraw młodzieży dowiedział się, że dziecko  wychowywane  jest  w nonkonformistycznej atmosferze rodzinnej, kierował do kuratorium wniosek o przeniesienie dziecka do innego, „pewnego politycz­nie” domu. Wśród „grzechów” rodzicielskich kara­nych takim urzędowym kidnapingiem znalazły się: przyjaźń z Żydami, odmowa zapisania dzieci do Hi­tlerjugend, przynależność do Świadków Jehowy.

Sądy  hitlerowskie  bardzo  zajęte  były  sprawami z dziedziny prawa rodzinnego. Szczególnie częste były procesy o ojcostwo. Przedmałżeńskie stosunki seksual­ne stanowiły w Trzeciej Rzeszy praktykę powszechną (uprawiało ją, wedle danych szacunkowych, od 51 procent ludności w Saksonii do ponad 90 procent w Mo­nachium).Rząd, zainteresowany ze względów raso­wych pochodzeniem każdego noworodka, wydał w 1938 roku polecenie, by zarówno matka, jak i wszyscy do­mniemani ojcowie poddawali się badaniu krwi; jego wynik mógł być nawet podstawą do zabrania dziecka z rodzicielskiego domu. O ile przedtem ojcu wolno by­ło wnieść do sądu sprawę o ojcostwo tylko w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy życia dziecka, teraz odpowiednie śledztwo można było wdrożyć w ciągu całego życia dziecka, a nawet po jego śmierci. Jeśli nawet mąż próbował ukryć cudzołóstwo żony — inter­weniowało państwo, by ustalić rzeczywistego ojca. Po­nieważ zaś wśród biologicznych ojców w Trzeciej Rze­szy coraz więcej było mężczyzn poniżej ustalonego prawnie  wieku  małżeńskiego,   władze wprowadziły specjalną procedurę sądową, dzięki której nieletni mo­gli oficjalnie uzyskać status pełnoletniości i uroczyście wstępować w związki małżeńskie. Specjalny formularz wniosku o przyznanie statusu pełnoletniości dla męż­czyzn poniżej 21 lat zawierał następujący tekst: „Pro­szę o uznanie mnie za pełnoletniego. Od dn. … jestem zaręczony z …, której dziecko, urodzone dn. … jest moim dzieckiem. Pragnę jak najszybciej poślubić moją narzeczoną, która jest dziewczyną porządną, pracowitą i gospodarną, by móc opiekować się nią i moim dziec­kiem lepiej, niż mogę to czynić obecnie. Moje tygod­niowe zarobki wynoszą …, co oznacza, że mogę utrzy­mać rodzinę. Mamy (wkrótce będziemy mieli) mieszka­nie. Oświadczam, że wiem, czym jest małżeństwo.”

Kiedy prawnikom przychodziło rozsądzać kwestie moralności seksualnej, nierzadko stwierdzali, że gmach ich kodeksu zbudowany jest na ruchomych piaskach. W jednym i tym samym roku dwa różne komplety sędziowskie potraktowały dwa podobne przypadki cudzołóstwa w diametralnie odmienny sposób: Dienststralkammer — sąd dyscyplinarny w Turyngii zwolnił ze stanowiska 45-letniego nauczyciela szkoły podsta­wowej, który popełnił cudzołóstwo, natomiast Landeshofgericht — sąd krajowy rozpatrujący sprawy ma­jątków dziedzicznych, z siedzibą w Celle, nie pozbawił miejscowego rolnika prawa do „dziedzicznego mająt­ku”, choć ten dopuścił się takiego samego przestępstwa; w uzasadnieniu wyroku sąd powołał się na opinię mie­szkańców wsi. Zdarzyło się nawet, że jeden i ten sam Reichsarbeitsgericht — centralny sąd pracy — wydał w krótkim czasie dwa wzajemnie sprzeczne orzeczenia. Utrzymywał on w mocy dymisję niezamęż­nej ekspedientki, ponieważ „jej widoczny już stan mógłby obrażać poczucie przyzwoitości klientów”, ale w przypadku robotnicy fabrycznej, zwolnionej z pracy na tej samej podstawie, doszedł do przeciwnego wnio­sku: „Taka ciąża nie powinna już być potępiana i uwa­żana za rzecz niemoralną.”

Nic nie ilustruje lepiej wewnętrznych sprzeczności nazistowskiego kodeksu moralnego niż sytuacja kobie­ty W świetle dwóch aktów prawych: ustawy z 1935 roku o skażeniu rasy i ustawy o rozwodach z roku 1938. Prawo o „skażeniu rasy” odzwierciedlało banalny i anachroniczny pogląd Hitlera, zgodnie z którym w dziedzinie seksu mężczyzna odgrywa bezwzględnie i nieodmiennie aktywną rolę wobec bezbronnej ofiary swych chuci. Pociągnęło to za sobą, oczywiście, znacz­nie surowsze traktowanie „napastników”, czyli męż­czyzn. W procesach o skażenie rasy dochodziło w re­zultacie do paradoksalnych rozwiązań: jeśli w stają­cej przed sądem „mieszanej” parze aryjczykiem był mężczyzna — nazistowski trybunał traktował go su­rowiej niż jego żydowską partnerkę.

W dziedzinie rozwodów prawo okazało tendencję do odchyleń w przeciwną stronę. W ujęciu procentowym liczba rozwodów w pokojowych latach Trzeciej Rzeszy rosła jeszcze szybciej niż liczba ślubów czy urodzeń: w 1939 roku zawarto o 20 procent więcej małżeństw niż w roku 1932, urodziło się o 45 procent więcej dzie­ci — natomiast rozwodów przeprowadzono o ponad 50 procent więcej. Ich liczba wzrosła z 42 tysięcy w roku 1932 do ponad 50 tysięcy w latach 1935 i 1936, w latach 1937 i 1938 nieznacznie spadła, ale w roku 1939 podskoczyła do 61 tysięcy. Od samego początku przyjmowano jako pewnik, że niektóre małżeństwa — na przykład „mieszane” aryjsko-niearyjskie lub takie, w których jedna ze stron była „oporna politycznie”, są z góry skazane na rozwód. Z upływem czasu roz­powszechniło  się  też  przekonanie,   że  bezdzietność w małżeństwie może być przyczyną opozycji antypań­stwowej. Oficjalna troska o płodność znalazła też wyraz w kampanii, mającej na celu przekształcenie separacji w faktyczny rozwód, tak by żyjący w separacji mał­żonkowie mogli założyć nowe rodziny. Wszystkie te okoliczności doprowadziły w 1938 roku do wydania ustawy o reformie rozwodów — firmowanej przez mi­nistra sprawiedliwości Rzeszy, doktora Gurtnera. Re­forma rozwodów zbiegła się przypadkowo z wcieleniem do Rzeszy Austrii, w której katolickie prawo uznawało tylko separację i skazywało tysiące osób na „życie w grzechu” z nowymi partnerami.

Zgodnie z ustawą Giirtnera, wystarczającym uzasad­nieniem rozwodu mogły być: cudzołóstwo, odmowa prokreacji, niegodne lub niemoralne postępowanie, trzy­letnia separacja małżonków oraz bezpłodność — z wy­jątkiem przypadku, jeśli już przedtem spłodzono lub adoptowano dziecko; jednak klauzula ta miała być sto­sowana — jak to określili hitlerowscy legislatorzy — wedle zdrowego instynktu narodu.

„Frankfrrter Zeitung” z uznaniem powitała refor­mę, która ułatwiała rozwód de iure małżeństw rozbi­tych już de facto i utrwalanie nowych więzów mał­żeńskich. Ale już po trzech miesiącach ta sama gaze­ta odnotowała pierwszą decyzję sądową opartą na ar­tykule 55 nowego prawa: „Po trzyletniej separacji udzieli się także rozwodu mężowi, który opuścił żonę dla innej kobiety — nawet jeśli postępowanie żony było nienaganne.” W istocie reforma Giirtnera umo­żliwiła przeprowadzenie 30 tysięcy dodatkowych roz­wodów w ciągu dwu lat: 80 procent tych procesów wszczęli mężowie, których żony nie ponosiły najmniej­szej winy za rozluźnienie węzłów małżeńskich. Trzy piąte porzuconych w ten sposób żon stanowiły kobiety ponad 45-letnie i mające za sobą co najmniej dwadzie­ścia lat małżeństwa.

O ile liczba rozwodów stale rosła w pokojowym okresie Trzeciej Rzeszy — liczba nieślubnych dzieci zmniejszała się. W latach dwudziestych średnia liczba dzieci urodzonych poza małżeństwem wynosiła około 150 tysięcy rocznie; zmalała ona prawie o połowę w czasie wielkiego kryzysu, by w połowie lat trzydzie­stych osiągnąć poziom 100 tysięcy rocznie. W stosunku do rosnącej wciąż ogólnej liczby urodzeń — liczba dzieci nieślubnych zmniejszyła się z 10,5 procent w 1932 roku do 8 procent w 1939 roku. Ale wykazy­wała ona wzrost absolutny już od roku 1937, a w czasie wojny zwiększała się, oczywiście, jeszcze szybciej (czego nie można jednak udokumentować z braku od­powiedniej informacji statystycznej).

Na długo przedtem reżim podjął działania — po czę­ści administracyjne po części propagandowe — ma­jące na celu nadanie niezamężnym matkom i ich dzie­ciom pełnych praw, jak również zapewnienie im pu­blicznego szacunku. W ramach tej kampanii powstała instytucja pod nazwą Lebensborn — Źródło Życia — prywatna fundacja Himmlera dla samotnych matek, których dzieci zostały spłodzone przez SS-manów lub „wartościowych rasowo” Niemców. Wedle słów fundatora, „Lebensborn zorganizowano w przeświad­czeniu, że wartościowym rasowo kobietom rodzącym nieślubne dzieci należy stanowczo zapewnić bezpłatną opiekę i przyjazną atmosferę w ostatnich tygodniach ciąży.” Lebensborn oprócz pobytów przed i po poro­dzie w swoich domach opieki załatwiała także formal­ne upełnoprawnienie matki i dziecka, określała obo­wiązki finansowe ojca i pośredniczyła w adopcji dzieci przez chętnych członków partii. (Nie wszystkie dzieci z Lebensborn były adoptowane, ich prawdziwi rodzice często bowiem się pobierali.)

Szeroka publiczność wiedziała o istnieniu i przezna­czeniu tych domów opieki, ozdobionych białymi flaga­mi z czerwonym punktem pośrodku, a zorganizowanych i zaopatrywanych lepiej (zwłaszcza w czasie wojny) niż ośrodki położnicze dla matek zamężnych. Lu­dzie nie wiedzieli jednak dokładnie — a wzbudzało to naturalną lubieżną ciekawość — jak wygląda kwestia „ogierów”. Krążyły pogłoski, że Lebensborn zatrudnia etatowo Zeugungshelfer — „asystentów prokreacji”, wokół czego narosły najrozmaitsze mity. Sam Himmler przyznał: „Podsycałem te plotki, tak by każda samotna kobieta pragnąca mieć dziecko nabrała przekonania, że może się w tej sprawie z pełnym zaufaniem zwrócić do Lebensborn […]. Do roli Zeugungshelfer kierowali­śmy wyłącznie pełnowartościowych, czystych rasowo mężczyzn.”

Jeśli chodzi o matki z Lebensborn, procedura wy­glądała mniej więcej tak: „W schronisku w Tegernsee czekałam do dziesiątego dnia mojego cyklu: w tym czasie przechodziłam badania medyczne. Następnie spa­łam z pewnym SS-manem, który miał do obsłużenia jeszcze jedną dziewczynę. Kiedy stwierdzono ciążę, mogłam wybierać: albo wrócić do siebie, albo od razu pojechać do domu opieki macierzyńskiej […]. Poród nie był łatwy, ale prawdziwa Niemka nawet nie myśli o zastrzykach uśmierzających bóle porodowe.” Prawdziwie niemieckie dziewczyny, zdecydowane „dać dziec­ko Fuhrerowi”, nie ukrywały bynajmniej swojego za­pału: jesienią 1937 roku pasażerowie lokalnego pocią­gli w Bawarii wpadli w osłupienie, gdy podróżująca z nimi dziewczyna oświadczyła nagle z dumą: „Jadę do obozu szkoleniowego SS w Sonthofen, aby dać się zapłodnić.”

Podobnie jednak jak hasło „wielkich rodzin tak        kwestia nieślubnych dzieci stwarzała problemy oceny rasowej, a „konserwatyści” partyjni wysuwali argu­menty eugeniczne, by pohamować entuzjazm zwolen­ników nieograniczonej prokreacji. W 1934 roku ofi­cjalny dziennik partyjny orzekł autorytatywnie: „Sto­sunki pozamałżeńskie są z reguły lekkomyślnością albo samolubnym wyzyskiem jednego partnera przez dru­giego. Dlatego też nieślubne dzieci są na ogół słabsze rasowo.” Nawet po wybuchu wojny odzywały się gło­sy nawołujące do powściągliwości. Urząd Polityki Ra­sowej NSDAP opublikował w swojej gazecie „Neues Volk” list matki do syna — żołnierza: „Istnieje grani­ca, której dziewczynie przekroczyć nie wolno bez utra­ty godności własnej. Jeśli ją przekroczy — bardzo trudno będzie jej wrócić na drogę przyzwoitości.”

W tym samym czasie jednak Himmler wydał swój sławny rozkaz prokreacyjny dla całej SS: „Tylko ten, kto zostawia po sobie dziecko, może umrzeć w spoko­ju I…J. Bez oglądania się na mieszczańskie prawa i oby-« /aje — słuszne, być może, w innych warunkach — i bez względu na stan cywilny, najważniejszym zad^i-Mii m kobiet i dziewcząt dobrej krwi niemieckiej jest .łażenie, nie lekkomyślne, ale realizowane z całą po­wagą moralną, do urodzenia dzieci żołnierzom wyru­szającym do boju, o których tylko Przeznaczenie wie, czy wrócą, czy też polegną dla Niemiec”

Kiedy jedna z takich matek dostała z frontu wiado­mość o śmierci ojca jej dziecka, zastępca Hitlera, Ru­dolf Hess, skierował do niej taki oto list otwarty i ogło­szony publicznie: „Gotów jestem zostać ojcem chrzest­nym Pani dziecka. Rząd udzieli Pani i Jej dziecku takiej samej opieki, jak matkom zamężnym. Przy wpi­sywaniu Pani dziecka — i wszystkich takich dzieci — do rejestrów metrykalnych w rubryce «nazwisko ojca» będzie wpisane: «ojciec wojenny»; matka zachowa swo­je nazwisko panieńskie, ale należy się do niej zwra­cać per Frau. Jeśli matka będzie sobie tego życzyć, Partia wyznaczy opiekuna dla dziecka.”

Choć trudno w sposób statystyczny ocenić, w jakim stopniu te kampanie na rzecz nieślubnych dzieci były skuteczne, można — na podstawie różnych źródeł — stwierdzić, że nasiliły się one w czasie wojny. W ostat­nim jej okresie Himmler powiedział swemu prywatnemu lekarzowi Kerstenowi: „Jeszcze parę lat temu nieślubne dzieci uważano za sprawę wstydliwą. Na przekór obowiązującemu prawu skłoniłem całą SS, by traktować wszystkie dzieci, ślubne czy nieślubne, jako coś najpiękniejszego i najlepszego. Rezultat? Dziś nasi ludzie mówią mi z podniesionym czołem, że właśnie urodził im się nieślubny syn. Ich dziewczęta uważają to za wielki zaszczyt, nie za hańbę, mimo trwającej nadal nieprzychylnej sytuacji prawnej.

I rzeczywiście, począwszy mniej więcej od 1940 ro­ku we wszystkich gazetach ukazywały się ogłoszenia szokujące niezwykłą wprost szczerością: „Córka nau­czyciela, 27 lat, z dzieckiem, pozna pana do lat 33 w celu matrymonialnym. Możliwość posagu.” „Dwudziestodziewięcioletnia panna z dzieckiem poszukuje sympatycznego i ambitnego towarzysza życia, z zamia­rem małżeństwa.”W podobnym języku układano ne­krologi: „Mój narzeczony i najdroższy ojciec mego dziecka, Sepp Schauerhuber, starszy szeregowiec w jednostce pancernej, poległ dla Führer i Wielkich Nie­miec 16.08.41. Dla nas żyje On w swoim synu Ger­hardzie. Dumna w żałobie Anna Maria Koch, narze­czona, z synkiem Gerhardem i całą rodziną Kochów.”

Znajdując w wojennej żałobie i patosie pożywkę dla swej propagandy eugenicznej, „Das Schwarze Korps” opublikował między innymi taki list od matki SS-mana zabitego w akcji: „Pojechałam do miejsco­wości, w której ostatnio stacjonował. Wiedziałam, że miał tam swoją dziewczynę, i żywiłam skrytą nadzieję, że może ta dziewczyna spodziewa się dziecka po nim. Niestety, moja nadzieja okazała się płonna.”

W swoim własnym Kampfzeit — „czasie walki” — naziści zyskali znaczne poparcie ze strony kobiet dzię­ki obietnicom, że pod ich rządami każda Niemka będzie miała męża; teraz, kiedy nastał „czas walki” dla ca­łego kraju, a niemal każdy dzień pochłaniał tysiące mężczyzn — byli skłonni obiecać każdej dziewczynie dziecko. Raport Ministerstwa Sprawiedliwości z lata 1944 roku stwierdzał: „Rodzice dziewcząt należących do BDM wnieśli do sądu opiekuńczego w Habel-Bran­denburg skargę na przywódców Związku, którzy na­mawiają ich córki do rodzenia nieślubnych dzieci; przy­wódcy ci dowodzą jednak, że wobec pogłębiającego się wciąż braku mężczyzn nie każda dziewczyna może li­czyć na męża, powinny one zatem spełnić przynaj­mniej swój elementarny obowiązek wobec Niemiec i dać dziecko Führerowi.” W tym samym roku w ra­porcie przesłanym do Ministerstwa Sprawiedliwości przewodniczący jednego z sądów berlińskich ubolewał nad faktem, że sędziowie przywiązują zbyt małą wagę do małżeństwa jako podstawy zdrowego rasowo i mo­ralnego życia: „W świadomości rodaków proces rozwo­dowy stał się zwykłą formalnością, w której strona winna przyznaje się do swych wykroczeń bez żadnej skruchy — często otrzymując w zamian korzyści finansowych, takie jak rezygnacja strony przeciwnej z alimentów.

W tym samym czasie także kierownictwo Kościoła protestanckiego podniosło alarm, ponieważ jego kler wyrażał publicznie obojętność wobec świętego sakra­mentu małżeństwa. Już dwa lata wcześniej wysoki urzędnik Ministerstwa Oświaty stwierdzał: „Przeciętny chłopak czy dziewczyna poznaje przyjemności seksu w dwie osiągnąwszy dojrzałość. Jak się zdaje, większość mężczyzn uważa dziewczęta za konwencjonalne przedmioty rozrywki, jak piwo czy papierosy […]. Natomiast dziewczęta niemieckie mają dziś, jak można są­dzić, wyjątkowo słabe hamulce seksualne.”

Ocenia się, że z chwilą zakończenia wojny 23 pro­cent wszystkich młodych Niemców było zarażonych chorobami wenerycznymi, a zjawisko prostytucji nasi­liło się czterokrotnie w porównaniu z czasami przed­wojennymi. Chociaż ze względu na okupację aliancką liczb tych nie można tłumaczyć wyłącznie wewnętrz­nymi przyczynami, stanowią one jednak wymowny komentarz do rozkładu — w szerokim sensie — życia rodzinnego w Trzeciej Rzeszy. (Notabene, gdyby armie niemieckie zwyciężyły, proces ten posunąłby się je­szcze dalej. W ostatnim stadium wojny Himmler i Bor­mann, dwaj najpotężniejsi i najbardziej po Hitlerze wpływowi naziści, z całą powagą wystąpili z osobli­wym programem odbudowy społeczeństwa; technika tego programu miała polegać na stworzeniu po woj­nie instytucji wielożeństwa, obejmującej dużą gru­pę zasłużonych niemieckich mężczyzn, to znaczy funkcjonariuszy partyjnych i żołnierzy odznaczonych za odwagę. Ta selektywna poligamia miała powstrzymać spadek przyrostu naturalnego i przywrócić równowagę na rynku matrymonialnym, zakłóconą wskutek wojny; nadto miała ona być oficjalnym symbolem podziału społeczeństwa na zasłużoną elitę i pospólstwo miejskie: półprzemysłowe, półplemienne.)

Zastanawiające, że kiedy w powojennych Niemczech przyszło do rzeczywistej odbudowy społeczeństwa, zdolności regeneracyjne rodziny okazały się większe, niż można było oczekiwać na podstawie rozwoju wy­darzeń w Trzeciej Rzeszy. Chociaż wojna wstrząsnęła układami rodzinnymi i zniszczyła te, które juz wcze­śniej były nadwątlone — te, które w okresie przed­wojennym były silnie, a nawet luźno zintegrowane, zespoliła jeszcze bardziej. Być może, zresztą nie ma w tym nic dziwnego: w końcu w punkcie zerowym, jakim był rok 1945, rodzina musiała wydawać się w tym kraju jedyną żywotną instytucją społeczną, tak jak nazwiska rodzinne stały się jedynymi znakami identyfikacyjnymi, wedle których ludzie — już nie na­ziści i niepewni nawet swej niemieckości — rozpozna­wali się nawzajem.

 BIBLIOGRAFIA

 Grunberger Richard, Historia społeczna Trzeciej Rzeszy, Warszawa 1987.

Stefan Majwald, Gerd Mischler, Seksualność w cieniu swastyki. Świat intymny człowieka w polityce Trzeciej Rzeszy, tł. Ryszard Wojnarowski, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2003.

Więcej książek o podobnej tematyce…

 

Damian S.

Jestem absolwentem studiów historycznych (specjalność nauczycielska i historia wojskowości). Moje ulubione okresy w historii to Polska w okresie międzywojennym, starożytność i średniowiecze.

You may also like...